Podobno depresja to taki stan, w którym przestajesz chcieć. Ja jednak uważam, że to bardziej skomplikowane: czasem chcesz, ale chcenie nie włącza silnika. Możesz mieć listę planów, mapę marzeń i nowy notes w kropki — a i tak jedyne, co odhaczysz, to kolejne odcinki tego samego serialu. W dodatku nie pamiętasz fabuły, bo oglądasz go tak, jak inni patrzą na akwarium.
Ludzie pytają, co się stało. A to jest właśnie problem: często nie stało się nic. Co w praktyce jest najgorszą odpowiedzią, bo „nic” to dla osób zdrowych taki przycisk „opowiedz więcej”. I wtedy zaczyna się lawina porad: „wyjdź do ludzi”, „idź pobiegać”, „kup sobie coś ładnego”, „pij więcej wody”. Jakby depresja była zmywarką, która przestaje działać, bo w filtrze utknęła fuska kawy.
Kiedy masz depresję, świat nie przestaje istnieć — on po prostu traci kontrast. Zostaje ten sam krajobraz, tylko jakby w filtrze „szary listopad”. Nawet rzeczy, które lubiłeś, przypominają ci teraz jedzenie podgrzewane w mikrofalówce: niby to samo, ale smaku brak.
Jest w tym też absurd. Bo depresja nie zabiera ci poczucia humoru. Wręcz przeciwnie, potrafisz rzucać najlepsze żarty o tym, jak bardzo cię nie ma — publiczność się śmieje, a ty myślisz: „w sumie cieszę się, że ktoś z nas się bawi”.
Dygresja: Kiedyś czytałam o eksperymencie z żabą wrzuconą do garnka z zimną wodą. Jeśli podgrzewasz ją powoli, żaba się nie zorientuje i ugotuje się w najlepsze. Myślę, że to idealna metafora depresji. Z tym, że depresja to ty, woda, garnek i kucharz jednocześnie. I nie bardzo wiesz, jak wyjść, bo w sumie… szkoda garnka.
Najbardziej mylące jest to, że czasem potrafisz funkcjonować na tyle dobrze, że nikt się nie domyśli. W pracy robisz listy zadań, w sklepie mówisz „poproszę dwie bułki”, na Instagramie wrzucasz zdjęcia zachodu słońca z podpisem „life is beautiful”. I dopiero wieczorem, kiedy zamykasz drzwi, przychodzi myśl: „o, to ja jednak wcale tak nie uważam”.
Depresja to trochę jak posiadanie przeglądarki z milionem otwartych kart, z których żadna nie gra muzyki, ale wszystkie coś zżerają w tle. Możesz zamknąć komputer, ale po włączeniu wszystko wraca. W końcu zaczynasz myśleć, że może tak już jest — i że nie ma sensu czekać na aktualizację systemu.
Ale jest też druga strona — taka, w której zaczynasz z tej czarnej dziury robić sobie balkon. Bo skoro już tam siedzisz, to przynajmniej można zawiesić lampki i posadzić kaktusa. To nie sprawi, że dziura zniknie. Ale może któregoś dnia okaże się, że widok z niej też bywa całkiem dobry.
Dodaj do ulubionych:
Lubię Wczytywanie…